Marcin Lewandowski

Polish English German Italian Spanish
Raport specjalny: Marcin Lewandowski czwartym zawodnikiem lekkoatletycznych Mistrzostwach Świata w Daegu 2011. ZOBACZ WIĘCEJ

Mistrzostwa Świata w Berlinie okiem trenera

Do stolicy Niemiec dojechaliśmy w trakcie trwania lekkoatletycznych mistrzostw. Już na lotnisku spotkaliśmy część polskiej ekipy. Podstawionym przez organizatora busem zostaliśmy przetransportowani do hotelu, jednego z dwóch, w których zameldowane były ekipy reprezentacyjne. Mieszkaliśmy hotelu Estrel (1125 pokoi). Warunki w hotelu, zresztą cała organizacja też, były naprawdę rewelacyjne. Zresztą umiejętności organizacyjne, perfekcja, dokładność niemiecka jest nam dobrze znana, a nieliczne błędy zdarzają się nawet najlepszym. Było ich tak mało, że w naszym mniemaniu organizacja była na piątkę (w skali do sześciu).

Najpierw w skrócie nasze spostrzeżenia odnośnie poszczególnych rund.

Eliminacje

Eliminacje przebiegały po naszej myśli - do 750 metra. Marcin miał jak najmniejszym nakładem sił dostać się do półfinału. Gdy zobaczył, że jest trzeci (do półfinału awansowało trzech pierwszych) spokojnie pilnował pozycji, lekko „wypuszczając”. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że za jego plecami goniący go przeciwnicy naprawdę się rozpędzili. Gdy ujrzał ich po swojej prawej i lewej stronie ostro atakujących musiał naprawdę „depnąć”, zrobić 3 mocniejsze kroki i „rzucić się na taśmę”. Bez tego straciłby awans. Dobrze, że w porę dostrzegł rywali, bo gdyby zareagował dosłownie ułamek sekundy później nie przeszedłby eliminacji. Po biegu przyznał, że za wcześnie wypuścił i później i tak musiał się „sprężać”. Bieg był wspaniałą lekcją!

Półfinał

Półfinał okazał się mieszanką emocji. Po mocnym starcie i zajęciu pozycji, Kaki potknął się o krawężnik i przewrócił na tartan, powodując kolizję z Somem, który także upadł. Marcin zdołał przeskoczyć Kakiego. Ale przewracający się Holender podcina (nieumyślnie) Marcina i ten z całym impetem, rozpędem (bo pierwsze 200m było w 25 sekund) pada za wspomnianymi na tartan. Miał niesamowite szczęście, że przy tym uderzeniu nie złamał nogi ani ręki, nie uderzył głową w tartan, bo mogłoby to się zakończyć długotrwałą kontuzją, nawet pożegnaniem ze sportem, bo przy tej prędkości, wadze Marcina, siła uderzenia jest bardzo duża.

Po kilku sekundach Marcin wstał, pierwszymi krokami sprawdził czy jest w stanie biec, nie czując wielkiego bólu na nowo się rozpędzał. Widział jeszcze kątem oka poddającego się Kakiego. Biegł, „człapał”. Po 400m widział schodzącego z bieżni Soma. Sam zresztą chciał do niego dołączyć nie widząc już absolutnie żadnych szans na finał. Wytrwał jednak w postanowieniu, że nigdy nie zejdzie z biegu, dobiegł do mety, zmęczony jak po biegu w Monako. Okazało się, że wraz z upadkiem, cała adrenalina zabrała energię Marcina. Marcin po biegu był całkowicie wyczerpany, głównie psychicznie, ale mówił, że nie był w stanie szybciej biec.

Pogodziliśmy się z zaistniałą sytuacją, zrobiliśmy sobie pogawędkę na boisku rozgrzewkowym. Marcin był smutny, ale nie załamany. Powiedział, że widocznie to jeszcze nie jest jego czas. Tak miało być. Truchtał dalej, a ja rozmyślałem nad całą sytuacją. Nie znałem odpowiedzi na wiele pytań, które miałem poznać po tym biegu. W końcu przygotowywaliśmy się cały rok i chcieliśmy zobaczyć czy Marcin jest już wstanie dotrzeć do finału, a jeśli nie, to jak wiele mu do tego brakuje. W eliminacjach wywalczył sobie prawo walki o finał. Nie mógł z tego prawa skorzystać, bo prawo to w nieumyślny sposób zostało mu zabrane. Chciałem bardzo zdjąć ten ciężar z Marcina, widziałem jak się męczył, mimo, że znał również tę gorszą stronę sportu i świadomie się na nią zgodził podejmując się rywalizacji.

W międzyczasie PZLA złożyło protest. Po obejrzeniu przez wykwalifikowanych sędziów powtórki biegów i zaznajomieniu się z zasadami rozgrywania zawodów bez wątpliwości uznano, że zawodnik z ósmym czasem na świecie spośród rywalizujących w półfinale (Marcin), zostanie dopisany do finału. W sprawie Soma jeszcze długo dyskutowano, Amerykanie złożyli też protest w jego sprawie, że nie powinien on być dopisany do finału. Marcin początkowo nie wierzył, że jednak wystąpi w finale. Dostał jednak tą możliwość i musiał jak najlepiej ją wykorzystać. Trzeba było prosić lekarza o interwencję. Biodro Marcina okazało się zdarte, a rana otwarta. Na domiar złego wewnętrzny uraz powodował ból. Lekarz zastosował miejscowy antybiotyk znieczulający, po kilku rozruchach ból stawał się mniejszy. Tuż przed biegiem Marcin powiedział, że jest gotowy mimo bólu, bo ten na pewno ustąpi wraz ze strzałem startera na biegu finałowym.

Finał

Marcin wiedział, że awans przy wolnym biegu będzie możliwy tylko wtedy, jeśli znajdzie się on z przodu stawki na 600m. Bo na końcowych metrach przy wolnym biegu wszyscy są bardzo szybcy i decyduje ustawienie. Przy szybkim biegu osłabia się możliwości „sprinterów” na końcowych metrach. Teoretycznie więc o awans w takim biegu jest łatwiej, bo zostają i wytrzymują naprawdę najlepsi, mniej tu przypadkowości, więcej zależy od umiejętności niż od ustawienia.

Marcin bardzo mocno wystartował, szybciej niż rywal z jego toru – Mulaudzi. Okazało się jednak na tuż przed łukiem, że Marcin jest sam z przodu i żaden z pozostałych biegaczy nie chce wraz z nim nadawać szybkiego tempa. Lewy nie jest jeszcze tak przygotowany by samemu prowadzić w bardzo szybkim tempie. Celowo jednak nie schodzi do bandy by nie dać się zamknąć. Minęła kolejna sekunda i za chwilę biegacze mieli wbiec na łuk. Skoro więc nikt nie chciał biec szybko, Marcin zbiegł do bandy by nie nadrabiać dystansu na wirażu. Na prowadzeniu jednak długo nie został.

Tempo jednak wciąż było wolne, co chwilę ktoś wpadał na Marcina, popychając go. Lewy, żeby nie stracić równowagi i nie spowodować kolizji asekuruje się rękoma podpierając o plecy Amine Lalou. Stało się tak dwukrotnie i w drodze odwetu Marokańczyk uderzył Marcina pięścią w brzuch. Marcin zatracił oddech, złapał zadyszkę. W tym czasie wyprzedził go zawodnik za pleców, a za nim poszedł następny.  Jak już wyprzedza jakiś zawodnik, to inny (nie chcąc ryzykować w razie ataku tego wyprzedzającego) biegnie za wychodzącym na przód. W ten sposób tworzy się tzw. sznurek, który zamyka zawodnika wyprzedzanego przy bandzie. Tak stało się z Marcinem.

Marcin chciał jeszcze biec do przodu, miał siły, wypadał z rytmu przez blokujących go z przodu zawodników. Nie mógł zaatakować. W tym czasie przyspieszył prowadzący Mulaudzi. Marcin wchodząc na ostatni łuk miał 0,6 sekundy starty do pierwszego biegacza. Stracił do medalu 0,8 sekundy, czyli ostatnie 200m zaledwie o 0,2 sek wolniej niż medaliści. Została więc prawie ta sama strata jak była na 600m.

Po biegu Marcin przyznał, że zrobił wszystko, co w jego mocy. Mówił, że przy innym biegu mogło być całkiem inaczej. Jest bardzo zadowolony i szczęśliwy. Potwierdził swoją pozycję w świecie, przynależność do najściślejszej czołówki światowej. Na uwagę zasługuje fakt, że Marcin wyeliminował w eliminacjach zawodnika, który legitymuje się w tym sezonie wynikiem 1.43.66, pokonał też zawodnika, który wszedł do finału zajmując drugie miejsce w półfinale Marcina. Był trzecim Europejczykiem, najmłodszym w ścisłym finale. W swojej kategorii wiekowej (do 23 lat) był pierwszy w świecie.

Podsumowanie

Po biegu wszyscy zawodnicy gratulowali sobie wzajemnie. Mimo, że Lewy był jednym z najmłodszych zawodników w finale i najmniej doświadczonym to pozostali czuli jego obecność, oddech, wiedzieli o jego możliwościach, więc obawiali się go jak pozostałych. Poziom był niesamowicie wyrównany. Marcin z ust większości finalistów usłyszał gratulacje i słowa pochwały za osiągnięcia w tym sezonie, postawę w finale i na mityngach oraz życzenia powodzenia na przyszłość. Także nasz wicemistrz świata i olimpijski - Piotr Małachowski, powiedział, że jest dumny, że Marcin okazał się prawdziwym Polakiem. Najpierw w półfinale po bardzo groźnym upadku wstał i ukończył w bólach bieg, a później w finale walczył łeb w łeb z najlepszymi na świecie, nic a nic im nie ustępując. Powiedział, że właśnie tacy zawodnicy, z takim charakterem, wolą walki zostają mistrzami. Jego słowa naprawdę były wyjątkową oceną startu Marcina i olbrzymią motywacją do dalszych poczynań sportowych.

Cel został zrealizowany, a kolejny już postawiony. Nastąpi nowe rozdanie kart, a w nim my dalej będziemy starać się realizować marzenia, dokonywać naszych, małych „cudów”.

Jeszcze raz serdecznie dziękujemy za wspaniały doping, tym, którzy na stadionie olimpijskim kibicowali nam zdzierając gardła, tym, którzy emocjonowali się przed telewizorami i mentalnie nas wspierali, tym, którzy życzliwymi telefonami i smsami wspierali nas podczas zawodów, tym którzy docenili osiągnięcie Marcina i gratulowali postawy, tym którzy przyczynili się do tego, że w Berlinie reprezentowaliśmy Polskę. Jesteśmy Wam bardzo wdzięczni. Jest Was coraz więcej, więc i nasze siły są coraz większe. I razem możemy coraz więcej.

Jeszcze raz Dziękujemy !!!

Komentarze (3)
  • Siwa  - Brawo!
    Chłopaki jestem z Was dumna! Gratulacje:)
  • Piotrek
    Gratulacje Marcin!!!
  • Marcin z Elbląga  - Gratulacje!
    Wygrałeś z samym sobą, a poza tym jesteś jednym z najlepszych zawodników na świecie! To się liczy!
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.
 
You need Flash player 6+ and JavaScript enabled to view this video.