Ostatnie dwa dni naszego pobytu w Kenii to wypad do całkiem innego rejonu kraju, do Mary. Strefa ta znana jest bardzo głównie ze względów turystycznych, bo znajduje się tam jeden z najbardziej znanych rezerwatów przyrodniczych na świecie – Masai Mara. Mieszkając w okolicach Nandi Hills zapoznaliśmy się z kulturą tamtejszego ludu – Nandis. A dzięki wyjazdowi do Mary poznaliśmy kulturę Masajów.
Żeby tam dojechać należy przejechać pustynnymi drogami ponad 100km. Wzdłuż drogi często przesiadują ludzi ez pustymi plastikowymi butelkami żebrząc od przejeżdżających, choć trochę wody. Susza zabija tam zwierzęta i znacznie utrudnia życie ludziom. Widzieliśmy jak ludzie jedzą obcięte pałki trzciny cukrowej ( tak samo robili maratończycy tuż przed biegiem), które podostawali od wycieczkowiczów. Po prostu obrali pałkę i wcinali tak jak my paluszki solone.
Nocleg mieliśmy w domu Kamela (kilkukrotnego medalisty MŚ, 1.42/800m i 3.31/1500m), gdzie gościła nas jego mama (bo ten akurat był niby na obozie, ale tak naprawdę u swojej dziewczyny, jednej z wielu).
Pobudka nad ranem i podróż o wschodzie słońca by zobaczyć wychodzące z ukrycia na łowy zwierzęta. Na początku bardzo fascynowaliśmy się krajobrazem, całkowicie odmiennym niż w okręgu Nandi. Po godzinie jazdy drogami piaszczystymi, gdzie dziura na dziurze powodowała co chwila uderzenie głowami wszystkich podróżujących o dach samochodu, przestało robić się przyjemnie. W samym sercu rezerwatu jest tylko jeden hotel – 325 USD za dobę. Wybraliśmy się więc na safari, gdzie naszym przewodnikiem był brat Kamela z myślą, że będziemy musieli na noc wrócić do domu (kolejne 3 godziny drogi). Obawialiśmy się, że z całego pośpiechu nie uda nam się nic ciekawego dojrzeć i stracimy tylko cały dzień. Tymczasem wycieczka udała się rewelacyjnie. Widzieliśmy tak wiele gatunków zwierząt (żerujących, polujących, leniuchujących, bawiących się czy kopulujących), tak blisko nich będąc, wspaniałe krajobrazy, że każdy nawet najgorszy dojazd można zapomnieć.
Poznaliśmy Masajów, ich kulturę. Trzeba przyznać, że to także twardziele (mimo, że nie ma wśród nich wielu biegaczy; znam tylko Kamela i Yampoja oraz Letei). Ale o kulturze będziemy pisać innym razem.
Na koniec chcieliśmy się rozliczyć z goszczącą nas rodziną Kamelów. Ale okazało się, że byłby to straszny nietakt z naszej strony. Tam pomaga się przyjaciołom, przyjaciołom swoich przyjaciół nawet w przypadku, gdy się ich nie zna. Gdy zapytaliśmy się więc w jaki sposób mamy się rozliczyć, jeśli nie pieniędzmi, to nasz kierowca poradził nam, że wspaniałym gestem było by podarowanie bochenka chleba lub paczki cukru. Tak się tam rozliczają. Po prostu szok.
Przemiłe chwile zostały przez nas uwiecznione na zdjęciach jednak chwilowo nie działa nam Galeria, więc będziecie mogli obejrzeć zdjęcia w Galerii po naprawieniu awarii.
- 2010-01-21 20:39:51 Siwa SłubiceTylko pozazdrościć tych krajobrazów i przeżyć :) Pozdrawiam Was Panowie Lewandowscy
- 2010-01-22 15:49:27 treneroSiwa wielkie dzięki. My Ciebie też pozdrawiamy i zapraszamy na jakieś zawody.
- 2010-01-27 16:25:12 WyrzykCały ten wyjazd to niesamowita sprawa... Świetne relacje i zdjęcia;) Szacunek i podziw dla Was! Pozdrawiam
| « poprzednia | następna » |
|---|





