Październik to czas, kiedy większość zawodników udaje się na zasłużony sportowy „urlop”. Zaczynają się podsumowania, pochwały, nagany i szereg innych rzeczy mających na celu wyciągnięcie wniosków z tego, czego udało się dokonać na przestrzeni całego sezonu. Ja również postanowiłem pokusić się o parę zdań podsumowania okiem kibica.
Oczywiście mógłbym pójść na łatwiznę i podsumować starty Lewego jednym zdaniem: „Rewelacja sezonu”, ale to zbyt proste i nie dające pełnego wymiaru uczuć i myśli, jakie rodziły mi się w głowie podczas jego startów w tym roku.
Wszystko zaczęło się jak u Hickok`a, czyli od trzęsienia ziemi, a później napięcie tylko rosłoJ. Wszystko za sprawą biegu w Hengelo. Kapitalna postawa i wynik, pozwoliły patrzeć z optymizmem na sezon 2009. Znam Tomasza i Marcina nie od dziś i wiedziałem, że nie był to jednorazowy „wystrzał”.
Porażka (aczkolwiek minimalna – 0,01sek) z Adamem Kszczotem na Memoriale Janusza Kusocińskiego spowodowała zapewne uśmiech na twarzach niektórych „życzliwych” ludzi. Rozgorzała dyskusja, forum, aż wrzało od komentarzy, jednak większość z nich dotyczyła osoby Marcina, a nie wyników sportowych, co bardzo mnie zdziwiło. Niektórzy mówili, że Lewy już nic w tym roku nie nabiega. Jak dla mnie bardzo mało było głosów, które doceniłyby walkę obydwu biegaczy, przecież stworzyli przepiękne widowisko i sprawili, że biegi średnie zaczęły być w naszym kraju na nowo dostrzegane.
Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Marcin odniósł pewne zwycięstwo w Bydgoszczy podczas Enea Cup. Ze względów metodycznych Marcin podjął się wyzwania biegu na 1500m podczas Drużynowych Mistrzostw Europy. To pozwoliło wystawić na 800m Adama Kszczota, a tym samym wzmocnić nasz zespół. Marcin wypadł bardzo dobrze w Leiri. Podjął walkę i do ostatnich metrów starał się zająć jak najlepszą pozycję – ostatecznie przybiegając szósty.
Następnym ważnym punktem sezonu miały być Młodzieżowe Mistrzostwa Europy, wszak Marcin Lewandowski bronił tytułu Mistrza Starego Kontynentu do lat 23. Niezwykły bieg choćby ze względu na obecność w finale aż trójki naszych reprezentantów. Oprócz zawodnika Ósemki Police walkę o medale stoczyli Adam Kszczot oraz Artur Ostrowski. Polacy wykorzystali szansę w 100 procentach zdobywając dwa najcenniejsze medale złoto dla Kszczota i srebro dla Lewandowskiego. Szczerze mówiąc byłem nieco zdziwiony ze srebrnego medalu, jednak z drugiej strony w myślach sądziłem, że te Mistrzostwa Tomek i Marcin potraktowali jako element przygotowawczy do Berlina. To świetne doświadczenie, ponieważ nie codziennie reprezentuje się kraj na Mistrzostwach Europy i podejrzewałem, że będzie to właśnie taka forma „obycia się”, choćby z koszulką, na której widnieje orzełek.
Podczas pobytu na obozie w Szklarskiej Porębie zasiadłem wieczorem przed telewizorem, aby obejrzeć Lewego w akcji podczas mityngu w Monaco. Start Marcina w tak doborowym towarzystwie miał dać mi (jako kibicowi) odpowiedź, na co stać tego biegacza. Przyznam się szczerze, że wpatrywałem się w telewizor i nie dowierzałem. „Zając” gna jak szalony, za nim krok w krok Rimmer, 400m 49,13 i Brytyjczyk nie słabnie, Lewy przed Symmondsem i Borzakowskiym - coś niesamowitego!!! 600m-1:16,88 i Rimmer zaczyna przysłowiowo cierpieć, a potem wręcz truchtać, jednak mnie to nie obchodzi, patrzę jak wygląda Marcin, jest dobrze!!! Ostatnia prosta i widać, że Polak w tym biegu daje z siebie wszystko (Oczywiście zapomniałem wspomnieć, że z przyzwyczajenia mierzyłem czas LewegoJ). Spoglądam na stoper zaraz po jego wyłączeniu i nie wierzę własnym oczom, w myślach mówię do siebie: „…znowu się podpaliłeś i za wcześnie wyłączyłeś stoper…”. Poczekałem na oficjalne wyniki i znów odzyskałem wiarę w siebieJ Pomyliłem się tylko 0,03 sek. Niesamowity wynik 1:43,84!!! Pomyślałem sobie wtedy: „W takim układzie, co On zrobi w Berlinie?”. Odpowiedź na to pytanie poznałem dopiero w ostatni dzień Mistrzostw.
Mistrzostwa Świata w Berlinie oglądałem na kolejnym obozie, tym razem w Borowicach. To najlepszy występ Polaków w historii, okraszony Rekordem Świata Anity Włodarczyk. Niesamowity wynik, choć pewnie nieco w cieniu wyczynów Usiana Bolta, ale w Berlinie wszystko było przyćmione przez gwiazdę rodem z Jamajki. Jednak wracając do startu Marcina.
Bieg eliminacyjny obejrzałem podczas treningu (chwilowa przerwa na występ Polaków
). Wyścig, jak dla mnie bardzo dziwny. Wydawało się, że Lewy kontroluje bieg i nic złego nie może mu się przydarzyć, a jednak już w eliminacjach przeżyłem niesamowity stres. Wiem, że łatwo się piszę, albo komentuje oglądając to wszystko z boku, ale wydaje mi się, że Marcin popełnił błąd (na szczęście bez konsekwencji), ponieważ i tak moim zdaniem na odcinku 60m nie da się oszczędzić zbyt dużo sił. Nie chcę tutaj „rozliczać” taktyki czy samego zawodnika, ponieważ nigdy nie byłem w takiej sytuacji jak On, że walczył o kolejną rundę Mistrzostw Świata!!! Kiedy pojawiły się oficjalne wyniki odetchnąłem z ulgą i stwierdziłem, że szczęście jest po stronie Marcina (wiadomo, sprzyja lepszymJ). Pomyślałem sobie wtedy, że nic złego już go nie spotka. Półfinał pokazał, jak bardzo się myliłem.
Sama aura w Berlinie potęgowała we mnie i tak już spory stres. Początek biegu rewelacyjny, 200m pokonane w czołówce i wtedy ten feralny wypadek Abubakera Kaki. Do końca biegu trzymałem się za głowę nie mogąc uwierzyć w to, co się stało, jednak wola walki Marcina i jego charakter pozwoliły na ukończenie biegu. Poza uczuciem żalu, że Lewy może być pozbawiony finału nie ze swojej winy, towarzyszyło mi również poczucie dumy, że mój przyjaciel mimo przeciwności walczy do końca. Choć dla niego wynik już wtedy nie miał znaczenia, to jednak biegł, a na twarzy widać było rozżalenie, ale i wolę walki do końca. Jak się później okazało, szczęście w nieszczęściu znów było po stronie Marcina i dano mu szansę występu w finale.
Na bieg o Mistrzostwo Świata zdążyłem w ostatniej chwili, ponieważ akurat wracałem z obozu
. Udało się, włączam telewizor i widzę Polaka przed walką o miano najlepszego zawodnika na świecie. Marcin zaczyna odważnie, prawidłowo, bez żadnych kompleksów, widać, że walczy, nie zamierza być statystą. Niestety biegnie przy krawężniku (osobiście jakoś jak oglądam biegi Polaków przy krawężniku, boję się, że zaraz wszyscy zaczną ich mijać). Lewy walczył do końca, rywale byli po prostu szybsi tego dnia. Ósma lokata to oczywiście olbrzymi sukces, ale mnie bardziej cieszy styl, w jakim Marcin zajął to miejsce. Pobiegł mądrze, odważnie bez zbędnego kalkulowania, to wszystko daje nadzieję na to, że Lewy nie tylko na dobre zagościł w światowej czołówce, ale tak naprawdę dopiero zacznie wspinać się na sam szczyt.
W drugiej części sezonu nazwisko Lewandowski pojawiało się w czołówkach wszystkich dużych mityngów na świecie. Marcin biegał jak równy z równym z Mistrzem Świata, pokonał Mistrza Olimpijskiego i wielu innych znakomitych rywali, którzy legitymują się lepszymi rekordami życiowymi.
W tym sezonie duet Lewandowskich przyzwyczaił nas do sukcesów, niewątpliwie ich wiara we własne siły oraz chęć dokonywania wielkich rzeczy może być „zaraźliwa”. Niesamowita współpraca owocuje wynikami, które dają prawo do satysfakcji. Jak to możliwe, że młody Polak walczy jak równy z równym podczas Mistrzostw Świata Seniorów? Pewnie dużo osób w kręgu biegaczy zadaje sobie pytanie czy to talent czy tylko ciężka praca na treningach, która doprowadzi do „zajechania” zawodnika, kryje się pod tymi sukcesami? Jeśli chodzi o mnie to uważam, że Marcin posiada nie tylko olbrzymi talent, ale również nieprawdopodobną wiarę we własne możliwości, a także zaufanie, co do wiedzy trenerskiej Tomasza. W tym sezonie chyba właśnie starszy z braci Lewandowskich powinien zostać okrzyknięty „Królem” trenerów w Polsce. Wiem, że Tomek potrafi odpowiednio pokierować przygotowaniami Marcina, że nie jest trenerem schematycznym, ciągle się uczy i szuka lepszych rozwiązań. Obrał prawidłową drogę rozwoju kariery sportowej swojego brata. Jednak jak sam mówi, nie jest tylko i wyłącznie trenerem, jest opiekunem, psychologiem, bratem, a także przyjacielem. To kapitalna zależność między braćmi. Obaj mają olbrzymi talent do tego, czym się zajmują. Profesjonaliści, którzy dobrze wiedzą, czego chcą i dążą do realizacji swoich celów.
Podczas wywiadu przeprowadzonego z Marcinem po mityngu Enea Cup w Bydgoszczy, Lewy powiedział, że stać go na regularne bieganie na poziomie 1:44 oraz jak to nazwał „… strzał poniżej…”. Oto wyniki, jakie uzyskał Marcin w tym sezonie na dystansie 800m:
800 m 1:45.03 2009-06-01 Hengelo
800 m 1:46.19 2009-06-07 Warszawa
800 m 1:46.04 2009-06-10 Bydgoszcz
800 m 1:46.98 2009-07-04 Madryt
800 m 1:45.27 2009-07-07 Lausanne
800 m 1:48.24 2009-07-16 Kowno
800 m 1:46.52 2009-07-18 Kowno
800 m 1:43.84 2009-07-28 Monaco
800 m 1:48.41 2009-08-20 Berlin
800 m 2:01.62 2009-08-21 Berlin
800 m 1:46.17 2009-08-23 Berlin
800 m 1:44.89 2009-08-28 Zurich
800 m 1:48.37 2009-08-31 Gateshead
800 m 1:47.55 2009-09-04 Bruxelles
800 m 1:46.82 2009-09-15 Szczecin
800 m 1:46.12 2009-09-20 Szanghaj
800 m 1:45.60 2009-09-25 Daegu
Po tak udanym sezonie Marcin ze spokojnym sumieniem może udać się na wakacje i odpocząć przed przygotowaniami do nowego sezonu. W gorszej sytuacji jest Tomek, który powoli musi zacząć układać plan na nadchodzący okres przygotowawczy. Wszyscy kibice mogą teraz już zacząć przygotowywać się na dawkę jeszcze większych emocji w następnym sezonie. Mistrzostwa Europy w Barcelonie mogą okazać się imprezą, na której Marcinowi i Tomaszowi zagrają mazurka Dąbrowskiego. Myślę, że nie tylko dla nich, ale także dla wszystkich tych, którzy wspierają ten duet będzie to ogromna satysfakcja.
| « poprzednia | następna » |
|---|




