Marcin Lewandowski

Polish English German Italian Spanish
Przeczytaj najnowszy artykuł trenera Tomasza Lewandowski w portalu NaTemat.pl - "Zawód trenera dla każdego?".

Codzienny trening zgryźliwego tetryka

Z bieganiem jest jak z każdą inną pasją. Przechodzimy przez etap bezinteresownej fascynacji - całkowicie pochłonięci nowym hobby widzimy w tym sporcie same superlatywy. Z czasem angażujemy się coraz bardziej. Rzeczy, które początkowo stanowiły dla nas novum, stały się normą. W niektórych kwestiach wyrobiliśmy sobie własne zdanie, zadomowiliśmy się w społeczności biegowej.

Mamy własne przyzwyczajenia, ulubione trasy, najchętniej kupowany sprzęt, być może idoli ze świata lekkiej atletyki etc. Jest to jednak faza, w której po jakimś czasie stajemy na rozdrożu. W zależności od charakteru konkretnego biegacza, albo zostajemy w tym sporcie, albo dochodzimy do wniosku, że czas odpocząć. Dla niektórych bieganie było jedynie krótką fascynacją opartą na słomianym zapale, dla innych sportem ciekawym, jednak nie na tyle, by pozostać wiernym lekkiej atletyce. Natomiast grupa osób, która zdecydowała się kontynuować bieganie, to w większości ludzie, których kojarzę z największymi maruderami, malkontentami, leniami i pozorantami jakich miałem okazję poznać. Tak, tak. Nie wyłączając mnie!

Herezje? Bynajmniej! Sporą część biegaczy można scharakteryzować tymi samymi słowami, opisać ich w bardzo zbliżony sposób. Wielu z nas bowiem powinno nosić pseudonim „nie chce mi się dzisiaj biegać”. I nie mam tu na myśli tej grupy osób, która przestała trenować. Największymi maruderami, którzy na własne życzenie i wbrew własnym chęciom, maltretują się wychodzeniem na trening, są biegacze najwytrwalsi, uprawiający ten sport od dłuższego już czasu, ci nieco bardziej zaawansowani. Mogą się oni poszczycić najbardziej wymyślnymi wymówkami przed wyjściem z domu, niekiedy zahaczającymi o absurd. Przy takiej fantazji, jaką dysponujemy, powinniśmy się wziąć za prozę science fiction – byłoby o nas głośniej. To, że narażamy się na śmieszność jest w tym momencie wpisane w ryzyko, którego jesteśmy świadomi, ale z zadziwiającą szczerością ignorujemy je.

Najbardziej pospolitą wymówką, z jaką można się spotkać, jest zmęczenie po pracy. Nie wymaga to właściwie żadnego wysiłku, sprytu, blefu. Łatwiej też spotkamy się ze zrozumieniem innych osób, bowiem po powrocie do domu najchętniej jest zjeść obiad, napić się herbaty i poczekać na wieczorny film, co dotyczy niemal wszystkich osób pracujących. Pragnienie tyleż nieskomplikowane, co powszechne. Ale właśnie ta pospolitość zmusza nas do podparcia naszej niechęci do biegania jakimś bardziej niebanalnym argumentem, bowiem w tak prostą wymówkę sami byśmy nie uwierzyli. Najlepiej, gdy przy okazji uda nam się zapunktować w oczach innych. Wówczas stać nas na chęć pomagania innym w obowiązkach domowych – podjedziemy po dziecko do szkoły, zrobimy zakupy, posprzątamy w domu, podliczymy rachunki. Byle oderwać się od biegania.

Złośliwość całej sytuacji polega jednak na tym, że słuchając siebie, uzmysławiamy sobie, jak miałkimi argumentami dysponujemy. A jeśli się okaże, że część z tych rzeczy ktoś inny za nas zrobi, to zmuszeni jesteśmy do intensywniejszego poszukiwania pretekstów do pozostania w domu.

Z odsieczą może nam przyjść katar albo ból gardła. Wówczas, wsłuchując się w wewnętrzny głos rozsądku, który podpowiada nam, aby nie wychodzić na mróz i zawieje, rozkoszujemy się leżeniem na kanapie. A żeby porobić cokolwiek związanego ze sportem, sięgamy po prasę dla biegaczy. Tam, o zgrozo, artykuł o przeziębieniach, gdzie czarno na białym wypisane są wskazówki, kiedy należy odpuścić sobie trening przy kiepskim samopoczuciu. Oczywiście nie kwalifikujemy się, a pozostanie w domu będzie w tych okolicznościach jedynie popularną szkolną wymówką, na którą dumny biegacz sobie pozwolić nie może.

Gdyby spojrzeć na problem z szerszej perspektywy, może się nasunąć wniosek, że w planie dnia poza bieganiem i pracą, tudzież nauką, na niewiele przyjemności mamy czas. Rezygnując z treningu zyskujemy spotkanie ze znajomymi, możliwość wyjścia do kina itd. Czyż to nie powinno nas skutecznie zniechęcić do codziennego biegania? Kilka niezobowiązujących wybiegań w tygodniu też wzmocni nasze serce i pozwoli utrzymać wagę. Wciąż mało?

Latem za gorąco, jesienią zbyt deszczowo, wiosną przeszkadzają nam roztopy, zima natomiast to istne apogeum problemów – od wspomnianych mrozów, po ciemności panujące na  ścieżkach biegowych. Wszystko przeciwko nam! Biegając w trudnych warunkach narażamy się na nieprzyjemne komentarze przechodniów, którzy ponadto, jak na złość, nie chcą zejść z trasy treningowej, przez co wydeptujemy zygzakowatą ścieżkę. Poirytowani, zamiast odreagować całodniowy stres, jeszcze bardziej zniechęcamy się do świata. Biorąc pod uwagę ryzyko poniesienia kontuzji na śliskiej nawierzchni, podłapania grypy na mroźnym powietrzu, skręcenia kostki w ciemnościach, poparzenia skóry czy odwodnienia w trakcie upałów dochodzimy do wniosku, że pozostanie w domu to najlepsza rzecz, jaką możemy dla siebie zrobić.  Przed niejednym treningiem podajemy sobie przynajmniej niektóre z tych argumentów, które mają nas przekonać do rezygnacji z wyjścia na trening.

Niejednokrotnie umawiając się na trening ze znajomymi, spotkanie zaczynało się od porównywania, komu bardziej nie chciało się biegać. Licytowaliśmy się, kto ma więcej obowiązków w domu i kto bardziej marnuje czas wychodząc zaliczać kolejne kilometry. Niekiedy tacy biegacze przypominają grupę malkontentów na jakimś bazarze – zrzędzimy nieustannie.

Cel osiągnięty? Skutecznie zniechęciliśmy się powyższymi wywodami do pobiegania? Niekoniecznie, gdyż summa summarum i tak zaliczymy trening i zrealizujemy założony plan!

Nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, że w szukaniu pretekstów usprawiedliwiających naszą biegową absencję, niejednokrotnie popadamy w dziecinadę. Niekiedy można dojść do wniosku, że nasze przedtreningowe grymasy są elementarną częścią codziennego biegania. Rzeczą tak naturalną, jak zakładanie paska od pulsometru czy sporządzanie notatek w dzienniczku treningowym. Biegacz musi swoje „pomarudzić”, po czym zakłada buty i wychodzi zgodnie z założonym planem. Więc po co to wszystko? Dlaczego tak wiele treningów poprzedzonych jest próbą zostania w domu? I czy można to zakwalifikować jako lenistwo?

Moja refleksja na ten temat sprowadza się do utożsamienia treningów z codziennym obowiązkiem. Obowiązkiem, który sami sobie narzuciliśmy. Jogger – amator, wychodzący potruchtać kilka razy w tygodniu, przy ładnej pogodzie, w towarzystwie, niemal zawsze będzie zakładał buty z uśmiechem na twarzy. Trening będzie dla niego nieskrywaną przyjemnością. Nie traktuje on biegania jako powinności, ale jako hobby, okazję do przebywania na świeżym powietrzu. Zaryzykuję stwierdzenie, że odczuwa przy tym po stokroć więcej radości, niż zaawansowany biegacz ze ściśle określonym planem treningowym. Ci bowiem, chcąc się rozwinąć sportowo, muszą biegać praktycznie codziennie, nawet wówczas, gdy nie mają na to ochoty. Nie rozminę się chyba z prawdą pisząc, iż wyczynowcy niekiedy z zazdrością patrzą na amatorów – mniej wyrzeczeń, więcej przyjemności.

Nie zagłębiając się w morze argumentów, które biegacz wymyśla by pozostać w domu, wysunąć należy zasadniczy wniosek. Biegacze w swojej naturze są niepoprawnie ambiwalentni. Z jednej strony narzekamy, że trzeba pobiegać, by już po treningu zmienić zdanie o 180 stopni. Pomimo, że wymyślamy tyle różnych wymówek, dla których lepiej odpuścić sobie trening, błahych przyczyn, które w wyniku autosugestii urastają do miana problemów, przy których mur chiński to krawężnik – ostatecznie i tak na ten trening wychodzimy. W ogólnym rozrachunku ubolewamy nad niemożliwością korzystania z wszystkich uroków życia, bowiem bieganie odbiera nam tyle cennego czasu - aby podsumowując nasze bieganie dojść do wniosku, że jednak najwięcej radości sprawia nam właśnie ten sport.  Szala przechyla się to na jedną, to na drugą stronę, w zależności od wysuwanych argumentów. Ale, co pocieszające, ostatecznie większą wartość ma sport.

Co jest zatem motorem napędowym do biegania jako takiego? W przypadku wielu osób, jak sądzę, tzw. ogólny rozrachunek. Biorąc bowiem pod uwagę wszystkie rozrywki życia, z których po części musimy zrezygnować, oraz, na drugiej szali kładąc – korzyści, jakie przynosi nam bieganie, dochodzimy do wniosku, że dokonujemy właściwego wyboru. To idealna w swej prostocie myśl, że rezygnując ze sportu, bardziej zatęsknimy za bieganiem, które przynosi nam satysfakcję na zawodach, radość z poprawienia rekordów życiowych, przynależności do coraz liczniejszej w naszym kraju grupy zapaleńców. Brakować nam będzie celu w nadchodzącym sezonie, pretekstu, by wyjechać w góry, możliwości obserwowania własnego rozwoju, okazji do odwiedzenia ciekawych miejsc. Nade wszystko jednak brakowałoby nam pasji, jaką stanowi dla nas bieganie. Pasji, której nieodłączny element stanowi codzienny, obowiązkowy trening bez względu na przeciwności. Aż w końcu pasji, która te wyrzeczenia wynagrodzi nam z nawiązką.

Co jest natomiast motorem napędowym do wyjścia na trening konkretnego (deszczowego, śnieżnego, mroźnego lub wietrznego) dnia? Po części na pewno cel, jaki sobie wyznaczymy na dany sezon. Po części również uzmysłowienie sobie, że każdy trening jest częścią tego właśnie ogólnego rozrachunku, o którym mowa w poprzednim akapicie – czyli biegania ujmowanego jako przygoda, jako pasja. Aż w końcu szereg mniejszych bądź większych indywidualnych czynników stanowiących mobilizację dla każdego z osobna, jak np. świadomość, że rywale już pewnie są po treningu albo w trakcie biegu, zaś na zawodach nikt nie będzie stosował wobec nas taryfy ulgowej.

Biegacz jest o tyle specyficzną osobą, że ma świadomość potrzeby wychodzenia każdego dnia na trening. Wie również, czym jest dla niego bieganie i dlaczego chce ten sport uprawiać. Niemniej, czy to dla zagajenia rozmowy na pierwszych kilometrach biegu w towarzystwie, czy dla chęci wyrzucenia z siebie irytacji – będzie narzekać, że mu się na trening nie chce wyjść… po czym zakłada buty i biegnie.

Naszą kapryśną naturę można jednak wykorzystać, a wydźwięk codziennych grymasów obrócić na swoją korzyść. Osiągnięcie, czy to w sporcie, czy w życiu codziennym, które zostało okupione licznymi wyrzeczeniami, smakuje nieporównanie bardziej niż sukces, który przyszedł nam bez wysiłku. Pod koniec każdego sezonu, robiąc roczne podsumowanie, uświadamiamy sobie, z ilu rzeczy musieliśmy zrezygnować, jak wiele przy tym frustracji z siebie wyrzucaliśmy, aby dojść w końcu do wniosku, że osiągnęliśmy to, do czego dążyliśmy. O wadze zwycięstwa bowiem bardzo często przesądza ilość przeszkód, jakie musieliśmy pokonać. A żeby pokonać te przeciwności, najpierw musimy się uporać z własnymi słabościami, uprzedzeniami czy lenistwem.

Największym wrogiem sportowca jest jego własny umysł. Grunt, żeby przezwyciężyć negatywne i zniechęcające myśli, ponieważ to punkt wyjścia do osiągnięcia sukcesu w sporcie. Ci, którym się ta sztuka udała, kontynuują codzienny trening pomimo (niemal również codziennych) grymasów.  Zgryźliwość naszego zachowania stanowi jednakże niewielki ułamek energii, jaką wykorzystujemy do codziennego biegania. Gdyby było inaczej, w tytule nie znalazłby się wyraz „codzienny trening”.

Deszcz, śnieg, mróz? Nie ma złej pogody dla biegacza, jest tylko źle dobrany strój!

Komentarze (7)
  • trener Lewandowski  - mega Maciek
    Przesada!! ten gość jest za mocny!! Maciek, marnujesz się u nas. Zacznij pisać i zarabiać na tym!!
  • Asia
    Bardzo ciekawy tekst!! Jestem bardzo początkująca w temacie, dlatego codzienne bieganie to dla mnie na razie entuzjazm w najczystszej postaci (i mam nadzieję, że tak już pozostanie :)), ale jeśli nadejdzie to "rozleniwienie", na pewno przypomnę sobie ten artykuł. Pozdrawiam ;-)
  • Dybol
    Sama prawda. Czytając takie artykuły widzimy w nich siebie :)
  • Max
    Polecam filmik motywacyjny: http://www.youtube.com/watch?v=_E8uHz7U-54"Pogoda... ? Zawsze jakaś jest!" :)
  • Huberto
    Idę na trening:)
  • trener Lewandowski
    Maciek, liczniki wejść na Twój artykuł znów są bardzo gorące, aż do czerwoności. Bierz się więc za kolejny artykuł. Pozdrawiam TL
  • Robert  - sama prawda
    Biegam już 10lat i miałem tysiące takich myśli i za każdym razem jak po tych wymówkach wychodziłem na trening to biegało mi się o niebo lepiej niż na codzień:) A zwłaszcza kiedy miałem "Lenia''. Ale zdażało się i tak że się nie wyszło do tego lasu gdzie mam rzut beretem. To pózniej bardzo żałowało się tej decyzji:( Więc moim zdaniem wśród biegaczy wyczynowych kwestią zrobienia treningu jest właśnie włożenie tych butów dresu i wkońcu samego wyjścia z domu. Tak że tekst jest naprawdę świetny dobrze że go przeczytałem bo teraz jak za każdym razem będą te negatywne myśli to wrócę do niego wskoczę w dres wyjdę i pobiegnę;) Pozdrawiam Lewandowski team i wszystkich biegaczy:-)
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.